W Międzynarodowym Dniu Walki z Depresją, chcę Ci powiedzieć, że nie jesteś sam/a. I być może w tym momencie brzmi to banalnie, bo nie widzisz przed sobą światła, a jednak świeci również dla ciebie. Skąd wiem? Dobrze znam te ciemności.

Nie za bardzo lubię o tym mówić. Nie dlatego, że nie zaakceptowałam faktu, że depresja stałą się częścią mojego życia. Nie dlatego, że się wstydzę. Również nie dlatego, że obraz tej choroby nie pasuje do mojego wizerunku. Pasuje, bardzo dobrze pasuje! Dlaczego więc chcę podzielić się moją opowieścią? Dlatego, że moja historia może być przestrogą dla rodziców i nauczycieli. Może wesprzeć młodych dorosłych w radzeniu sobie z kryzysami, zainspirować do większej uważności na własne myśli, emocje czy stany. Bo w moim przypadku przepis na depresję sprawdził się idealnie. Z perspektywy czasu myślę, że stało się tak, jak miało się stać, biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, które w profilaktyce nazywamy czynnikami ryzyka.

Zapraszam więc do opowieści bardzo dla mnie intymnej, momentami trudnej, bo proces zdrowienia był (a może nawet jest) długi, trudny i wymagający. Myśląc o sobie w tym procesie wyobrażam sobie siebie jako małą dziewczynkę z rzadkimi włosami uczesanymi w krótkie sterczące kucyki, którą przytulam z całą serdecznością i akceptacją dla faktu jak bardzo jest nieidealna, a jednocześnie wyjątkowa i wartościowa. Jeśli więc jesteś dziś w mroku, spróbuj dojrzeć to małe dziecko, którym kiedyś byłeś czy byłaś i przytul je mocno, najserdeczniej jak potrafisz. Bardzo tego potrzebuje, a ty sam/a możesz być najlepszym i najważniejszym sojusznikiem swojego wewnętrznego dziecka.

Dzieciństwo.

Pamiętam, że siedziałam w pokoju. Za oknem padał gęsty śnieg. Płatki śniegu wyglądały jak pierze wysypane z rozdartej poduszki mojej babci. Siedziałam w oknie i spoglądałam w górę, jak wielkie puszyste płatki zbliżają się do mnie coraz bardziej, jakby w zwolnionym tempie. To dobre wspomnienie. Szczęśliwe. Miałam może 5 lat. Pamiętam jak dziś, kiedy w mojej głowie pojawiła się myśl „A jeśli wszystko, co widzę i czuję to tylko sen? A jeśli to, co się dzieje nie jest naprawdę? Jeżeli rzeczywistość wygląda inaczej?” J.K. Rowling nie napisała jeszcze wtedy serii książek o Harry’m Potterze, gdybym go znała, z pewnością wzięłabym do serca słowa profesora Dumbledore’a

“To, że coś dzieje się w Twojej głowie nie znaczy, że nie dzieje się naprawdę”

Już wtedy moje myśli cały czas zajęte były rozmyślaniami o bardzo filozoficznym sznycie (spojler, nie przeszło, ale nauczyłam się z tym żyć). Szybko zorientowałam się, że nie wszystkie dzieci tak mają. Mało tego, dość boleśnie i szybko odczułam, że mój poziom wrażliwości i empatii nie jest standardowy i trudno mi będzie znaleźć wspólny język z rówieśnikami. Najlepiej czułam się wśród osób starszych, słuchali i mówili mądre rzeczy, więc i ja mogłam słuchać, uczyć się i dowiadywać. Wśród rówieśników byłam zawsze trochę z boku. Szybko nauczyłam się, że nie warto opowiadać o swoich przemyśleniach i zmartwieniach, bo to przysparza jedynie problemów. W szkole miałam etykietę kujona, choć zupełnie niesłusznie.

Miałam co prawda bardzo dobre oceny, brałam udział w olimpiadach i konkursach, ale sorry, nigdy nie musiałam się uczyć. Wszystko byłam w stanie zapamiętać z lekcji. Początkowo bardzo sumiennie podchodziłam do kwestii prowadzenia zeszytów, miałam rys małego perfekcjonisty. Pod koniec podstawówki zrozumiałam, że nikt poza mną na to nie patrzy, dlatego weszłam płynnie w erę „jeden zeszyt do wszystkiego”. Miałam mnóstwo niestandardowych zainteresowań. Interesowała mnie przyroda, astronomia, geologia, historia starożytna, muzyka renesansu… Mało popularne.

Dzieci dokuczały mi z różnych powodów- ciuchy (takie, na jakie w tamtym czasie było stać moich rodziców), wygląd (waga, która dziś nie zrobiłaby na nikim wrażenia, bo mieściła się w normach oraz wzrost- od zawsze wysoki), wiedza i umiejętności (w pewnym momencie postanowiłam nie wychylać się, chcąc chronić się przed docinkami). Bardzo chciałam przynależeć i mieć znaczenie. Mój świat wewnętrzny rozkwitał, dialogi, które toczyłam z moim wewnętrznym ja trwały godzinami i choć z zewnątrz wyglądałam jakbym złapała poważnego laga, wewnątrz mnie trwały niekończące się procesy. Nikt wtedy nie mówił o neuroróżnorodności, tym bardziej, że postrzegana byłam jako zdolna i grzeczna uczennica nie sprawiająca problemów wychowawczych.

Dziś pisząc to wybrzmiewają we mnie słowa przypisywane Marshallowi Rosenbergowi, że

“Depresja jest nagrodą za bycie grzecznym”.



Przemykałam przez różne akty spektaklu, jakim jest życie nie narzucając się nikomu. Zawsze wydawało mi się, że pozostali mają większe zmartwienia, ważniejsze problemy, pilniejsze potrzeby. I pomimo bardzo wspierającego środowiska rodzinnego w  okres dojrzewania wniosłam niemały bagaż perfekcjonizmu, wysokiej wrażliwości,  skłonności do ruminacji oraz lęku przed odrzuceniem. A wyzwania związane z wejściem w okres dojrzewania dopiero się zaczynały.

Dojrzewanie.

W filmie animowanym „W głowie się nie mieści 2” wytwórni Pixar fantastycznie opisany jest proces wchodzenia w okres dojrzewania, w którym kontrolę nad emocjonalnym życiem głównej bohaterki- Riley przejmuje Obawa. Emocja ta symbolizuje nastoletnie lęki przed odrzuceniem i utratą przynależności. Kiedy pierwszy raz oglądałam ten film, pomyślałam „Boże, to o mnie!”

Okres dojrzewania wspominam jako ten, w którym za wszelką cenę próbowałam się dopasować, co było szalenie trudne z moimi wysokimi standardami moralnymi i nietypowymi zainteresowaniami. Dysonans poznawczy towarzyszył mi w tym okresie bardzo często. Próbowałam jednocześnie pogodzić silną więź z rodziną z coraz lepiej (jak mi się wówczas wydawało) układającymi się relacjami rówieśniczymi.

To, co przytłoczyło mnie w tym okresie najbardziej to zmiany następujące w ciele, na które nie byłam gotowa, i które trudno mi było zaakceptować. W wieku kilkunastu lat zaczęły się u mnie zaburzenia odżywiania. Bardzo dobrze maskowałam się, moi rodzice dowiedzieli się o nich dopiero wiele lat później. Nie zauważyli nauczyciele, znajomi… Standardy piękna lat ’90 i 2000 były dość bezwzględne, a o ciało pozytywności nie mówiono wtedy. We wczesną dorosłość weszłam z poczuciem bycia niewystarczającą, choć moje wyniki i osiągnięcia szkolne były imponujące. Miałam wiele talentów, a jednak nie potrafiłam na tym zbudować poczucia własnej wartości. Z racji szerokich zainteresowań i możliwości miałam problem z wyborem studiów. Umówiliśmy się ze znajomymi, że na studia pójdziemy razem- do Poznania. Po procedurach rekrutacyjnych okazało się, że jako jedyna rozpocznę tam studia. Nasze drogi rozeszły się, a ja straciłam poczucie stabilności i bezpieczeństwa stając przed ważnym zadaniem rozwojowym, jakim jest wyprowadzka i usamodzielnienie się.

Dorosłość.

Okres studiów to istna karuzela. Ponieważ znalazłam się sama w nowym mieście nie znając tam nikogo postanowiłam, a jakże- uciec. Uciekłam w naukę. Miałam ten przywilej, że dostałam się na wszystkie kierunki, na które aplikowałam i nie chcąc z niczego rezygnować początkowo podjęłam kształcenie na trzech kierunkach (dziennie). Ach ci perfekcjoniści, wierzą, że idealnie sprecyzowany plan pozwoli im wszystko ogarnąć. Pozwalał, przez kilka tygodni, później zostały już “tylko” dwa kierunki.

Za cel postawiłam sobie nie odpuścić żadnych zajęć. Na jednym i drugim kierunku miałam po 150 osób, z którymi przez wiele miesięcy nie udało mi się stworzyć bliższych relacji, taka byłam zajęta udowadnianiem sobie i światu, że dam radę, że jestem… lepsza niż myślałam. Nie wiem, czy pierwszy epizod depresji przeszłam wtedy z powodu trudności adaptacyjnych i poczucia osamotnienia, czy wcześniej, kiedy pojawiły się zaburzenia odżywiania? Dziś to mało istotne, pamiętam, że pierwsze lata studiów były dla mnie bardzo trudne.

Zakończyły się wszystkie relacje z okresu liceum. Miałam w sobie mnóstwo trudnych i sprzecznych emocji, czułam porzucenie, samotność, lęk, jednocześnie nie miałam siły by podjąć próbę ratowania relacji, które wydawały mi się utracone. To był dla mnie mroczny czas, w którym nie umiałam prosić o pomoc nawet tych dobrych, życzliwych dusz, które mimo wszystko pojawiły się w moim życiu i zaakceptowały z całym moim bagażem. Z roku na rok radziłam sobie coraz lepiej, znalazłam pracę, przyjaźń, miłość, skończyłam studia i powtarzałam sobie, że nigdy więcej nie „wpadnę w dołek”. Skąd mogłam wiedzieć, że tak wiele jeszcze przede mną…

Macierzyństwo.

Każda zmiana niesie ze sobą niepewność i obawy. Każda ważna zmiana może skutecznie zdestabilizować nasz bezpieczny i przewidywalny świat. Jedną z takich zmian jest doświadczenie macierzyństwa. Bardzo chciałam być matką. Moje dzieci wniosły do mojego życia ogromną radość i wartość. Dzięki nim zmieniłam się na lepsze, stałam się bardziej wyrozumiała i czuła dla siebie.

Jednak po urodzeniu pierwszego dziecka musiałam zmierzyć się z depresją poporodową. Bardzo wysoko postawiłam sobie poprzeczkę. Chciałam być matka idealną- świadomą, oczytaną, bliskościową. Na domiar złego, chciałam perfekcyjnie prowadzić dom- prać, gotować, sprzątać. Liczyłam na szybki powrót do formy i aktywności zawodowej. Myślałam o dalszym kształceniu. Okazało się jednak, że rzeczywistość mnie przerosła. Szybko okazało się, że czyjeś potrzeby ucierpią. Jako „wspaniałomyślna” młoda mama zadecydowałam, że odpuszczę zaspokajanie tego, co moje.

Tamten czas dał mi w kość. Do tej pory udawało mi się godzić tak wiele działań i ról dzięki precyzyjnym planom działania, listom „to do” i innym coachingowym narzędziom. Tu nie działały. Miałam żal do siebie, że zamiast cieszyć się i czerpać z tej relacji pełnymi garściami, cierpię. Bo to było autentyczne cierpienie. Bałam się, że nie sprostam wymaganiom -moim własnym, które wydawały się wymaganiami wszystkich dookoła (uogólnienie to u mnie popularne zniekształcenie poznawcze). Wiele zniekształceń i schematów wypracowałam sobie już w przeszłości, jako mechanizm obronny chroniący przed zranieniem. Nim zrozumiałam, że najlepszym ratunkiem jest proszenie o pomoc minęło jeszcze trochę czasu.

Praca.

Przodowniczka. Siłaczka. Zosia Samosia. To ja. Wszystkie te określenia idealnie ilustrują to, jak jeszcze całkiem niedawno funkcjonowałam w pracy. Zastępstwo- jasne, wezmę! Projekt? Nie ma sprawy- lubię wyzwania! Kolejna podyplomówka- no jasne, czemu nie. Lubię się uczyć, a i szybko mi to idzie. Dofinansowanie? Nie, nie trzeba, jakoś udźwignę. W krótkim czasie pozwoliłam sobie wejść na głowę. Moja naturalna skłonność do nie odmawiania w potrzebie spadła na mnie z całą mocą.

W 2018 roku po powrocie z urlopu macierzyńskiego po drugiej ciąży odeszłam z pracy po miesiącu. Ta sytuacja dała mi z jednej strony oddech, z drugiej silne poczucie przytłoczenia, niepewności i żalu. Musiałam raz jeszcze okryć żałobą swoje ambicje i oczekiwania. Tu jednak nastąpił przełom. Po raz pierwszy poprosiłam o pomoc. Trafiłam pod opiekę terapeutki poznawczo- behawioralnej, która nauczyła mnie wielu technik radzenia sobie z kryzysem, które wspierają mnie do dziś.

Okres po tym epizodzie był najbardziej rozwojowym w moim życiu. Ukończyłam wiele szkoleń certyfikacyjnych, podjęłam studia z psychologii, rozpoczęłam doktorat. Dużo, prawda? Okazało się, że za dużo. Znowu wpadłam w stare schematy. Potrzebę udowadniania sobie, że jestem wartościowa i ważna. Kolejny epizod przyszedł w 2021 roku. Zmusił mnie do farmakoterapii oraz diagnozy w kierunku ADHD.

Zdrowienie.

Proces zdrowienia wymagał ode mnie sięgnięcia głęboko do własnych potrzeb i wspomnień. Zmusił mnie do lepszego przyjrzenia się swoim myślom, emocjom i zachowaniom. Dziś wiem, że najcięższym bagażem, jakim dźwigam jest ból. Powiedziało mi to moje ciało, które już wcześniej wysyłało sygnały przeze mnie ignorowane. Ciało milczy, ale działa, broni się i upomina o odpoczynek. W jednym z wywiadów amerykański komik Jim Carrey opowiada o swoich zmaganiach z depresją tłumacząc, że dla niego to wezwanie do „deep rest” (głębokiego odpoczynku). Tak było i u mnie.

W swojej książce „Rosnąc w siłę” Brene Brown pisze o strategiach rozładowywania bólu. Jedną z nich jest „skok na żyrandol”– niekontrolowane wybuchy agresji wobec osób, co do których mamy przewagę. Byłam tam. Inną strategią jest odpychanie bólu w służbie EGO. Odpychałam. Szukałam winnych, obwiniałam (głównie siebie), szukałam wymówek. Tak, to też o mnie. Innym razem sięgałam po strategię zagłuszania bólu. Nie wiedziałam jednak, że tłumienie emocji trudnych z czasem spowoduje trudność w dopuszczaniu jakichkolwiek emocji. Byłam i w tym ciemnym miejscu. Najczęściej jednak sięgałam po strategię gromadzenia bólu. Wielu znajomych, dowiadując się o moich zmaganiach z depresją i innymi trudnościami dziwi się. Przez wiele lat moje stany i objawy były niedostępne nawet dla najbliższych. Byłam osobą bardzo dobrze funkcjonującą w towarzystwie, czasem zapominalską i „nieogarniętą”, a jednak nadrabiającą w innych obszarach. W dzieciństwie zbierałam znaczki i kolorowe karteczki, i nim się obejrzałam, zaczęłam gromadzić ból.

“Depresja i lęk należą do pierwszych reakcji ciała na nadmierną ilość zmagazynowanego bólu”

pisze Brene Brown.

Dlaczego tak jest? Nikt nie uczył nas wypowiadać na głos naszych potrzeb. Nikt nie uczył, jak nazywać emocje, jak nimi zarządzać. Traktowano je jako element świata wewnętrznego, a okazywanie na zewnątrz ochrzczono mianem histerii.

Najważniejszym etapem w drodze do zdrowienia jest zintegrowanie bólu. Dziś to wiem. Bolało mnie odrzucenie. Bolało mnie poczucie nieadekwatności. Bolało, że czułam się niewystarczająca. Krytyka bezpodstawna odwołująca się do wyglądu, majętności czy neuroróżnorodności boli mnie do dziś. Bolało porzucenie przyjaciół. Bolało odnajdywanie się w nowych sytuacjach. Bolało, gdy pracodawcy obarczali kolejnymi obowiązkami, a ja nie umiałam odmawiać. Bolało, gdy upadałam próbując przeskoczyć zbyt wysoko postawiona przez siebie poprzeczkę.

Dziś jestem tu, poobijana, odsłonięta, ale jestem. Jestem sobą. Po wszystkich tych doświadczeniach właśnie taką, jaką kochają mnie najbliżsi i akceptują ciut dalsi. Wszystkie trudne doświadczenia bólu, który wywołał objawy depresji sprawiły, że jestem dziś sobą. Nie mogło być inaczej. Perfekcjonizm, odbieganie od grupy rówieśniczej, kompleksy, odrzucenie, zaburzenia odżywiania, trudności adaptacyjne, brak umiejętności sięgania po pomoc- wszystko to czynniki ryzyka depresji. Jeśli widzisz je u siebie czy swojego dziecka lub ucznia/ uczennicy- nie bądź obojętny. Możesz być tą osobą, która jako pierwsza pomoże wejść w proces zdrowienia.

Dlaczego piszę o swoich doświadczeniach? Bo chcę pokazać, że można wzrastać i zdrowieć pomimo bólu. Że depresja nie jest żadnym piętnem. Że ta choroba może dotknąć każdego, niezależnie od samoświadomości, wiedzy statusu. Że dotyka również nas, osoby związane z zawodami pomocowymi- psychologów, pedagogów, terapeutów, coachów, mówców motywacyjnych… Że zdrowienie jest możliwe. I chcę powiedzieć, byśmy byli uważni na siebie samych, i siebie nawzajem. Każdy dźwiga bagaż, o którym nie mamy pojęcia. Jeśli nie wiesz, co robić- bądź życzliwy/ życzliwa.

Z niemałą obawą publikuję ten tekst. Pochodzę z małej miejscowości, pracuję w innej małej miejscowości… W niewielkich społecznościach wciąż panuje rodzaj kontroli “co ludzie powiedzą”. Siła tkwi jednak w odwadze, a odwaga to codzienne wychodzenie na arenę życia. Jak pisze wspomniana już B. Brown:

“Mnóstwo tanich miejsc wokół areny zajmują ludzie, którzy nigdy nie zdobędą się na wejście na nią”.

Dziś trudnych momentach widzę ta małą dziewczynkę z rzadkimi włosami uczesanymi w wysokie kucyki, pamiętam jak wielki ciężar dźwignęła i próbowała unieść przez tak wiele lat, patrzę na nią z czułością i akceptacją, i przytulam, bo pomogła mi stać się silną i odważną kobietą.

Pin It on Pinterest

Share This