Gdy myślimy o złości, nie mamy najlepszych skojarzeń. Złość nie jest najbardziej pożądaną emocją. Tak przynajmniej zwykliśmy ją postrzegać- jako niepotrzebną, destrukcyjną, trudną „niegrzeczną”. Jednak kto z nas nie odczuwa złości? Jest to jedna z emocji pierwotnych, dlatego złość jest typowo ludzką, naturalną sprawą. Czują ją zarówno dzieci jak i dorośli. Skąd ten czarny PR, skoro to, co ludzkie nie powinno być nam obce? Dlaczego łatwiej przychodzi nam akceptowanie smutku, strachu czy wstrętu a ze złością mamy taki problem? Wszystkiemu winne jest utożsamianie emocji z zachowaniem a to już zupełnie inna bajka… Dlaczego złość jest dobra? Dlaczego powinniśmy ją zaakceptować? Jak sobie radzić ze złością, jak reagować na jej przejawy?

Czym jest złość?
Złość to emocja pierwotna. Oznacza to, że jest naturalną reakcją wszystkich ludzi, a ekspresja mimiczna tej emocji jest identyczna u wszystkich, niezależnie od kultury, wieku czy społecznego statusu. Nie będziemy więc mieli większego problemu z odczytaniem złości osób nawet z najdalszego zakątka świata. Dlaczego więc coś tak naturalnego przysparza nam tak wielu dylematów? Złość dla wszystkich z nas jest trudna, zużywa bowiem bardzo dużo energii a do jej eskalacji dochodzi zazwyczaj gdy nasze rezerwy energetyczne są już na wyczerpaniu. Zastanówcie się, czy nie jest przypadkiem tak, że my- dorośli tłumimy naszą złość godzinami a lont odpala się nam zazwyczaj wtedy, gdy jesteśmy głodni i niewyspani, otacza nas zbyt wiele bodźców a na dodatek ktoś właśnie naniósł błoto na nasz ulubiony dywan? Zastanawiamy się już po wszystkim, dlaczego taka błahostka wyprowadziła nas z równowagi? Co z nami nie tak? Trochę chyba próbujemy oszukiwać- siebie i otoczenie, by spełniać pewne społecznie narzucone standardy. Bo przecież „złość piękności szkodzi” albo taka ładna a „zła jak osa”, „bez kija nie podchodź” i wiele innych dyrektyw, które nie pozwalają na swobodne przeżywanie złości. A jednak skoro jest to emocja pierwotna znaczy to, że jest nam potrzebna, choć nie do końca przyjemna. Należy jasno postawić granicę pomiędzy złością jako emocją a jej ekspresją. Często zachowania będące próbą rozładowania napięcia wynikającego z narastającej złości nazywamy tym samym określeniem. Być może podstawowy błąd tkwi właśnie w języku. O ile w przypadku radości zachowaniem jest na przykład śmiech, smutku- płacz, o tyle w przypadku złości mówimy, że kto się po prostu… złości.
O czym mówi złość? Wyobraźcie sobie sytuację sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat, gdy nasi przodkowie mieszkali jeszcze w jaskiniach. Złość i wynikająca z niej agresja były związane z brakiem możliwości zaspokojenia istotnej potrzeby, utraty czegoś ważnego lub naruszeniem granic- wtargnięciem na terytorium, niechcianym kontaktem, itp. Złość była i jest nadal wyrazem buntu przeciwko zaistniałej sytuacji. Mogła być też postrzegana jako reakcja na zagrożenie. Pełniła wówczas bardzo ważną rolę z punktu widzenia przetrwania. Bez złości nie potrafilibyśmy przekierować naszej energii na skoncentrowane działanie, na obronę własnych granic. Choć świat od tamtego czasu zmienił się diametralnie, mechanizmy kierujące naszym zachowaniem nadal są takie same. W natłoku docierających do nas informacji i bodźców nasz mózg, a właściwie ciało migdałowate odbiera niektóre sygnały jako potencjalne zagrożenia. Tym samym rozdrażnieni i nadmiernie pobudzeni zmagamy się z tą trudną emocją częściej niż byśmy tego chcieli. Pod wpływem wychowania, społecznych oczekiwań, kultury uczymy się, że nie ma miejsca na złość w naszym życiu. Uczymy się ją kontrolować, trzymamy ją na krótkiej smyczy sądząc, że tak właśnie należy. Skoro już o smyczy mowa… Wolelibyście mieć oswojonego psa, czy bestię na krótkiej smyczy? Co łatwiej byłoby wam utrzymać w ryzach? Zapomnieliśmy, że złość jak każda emocja jest komunikatem. To informacja, że coś się dzieje, że tracę coś, co jest dla mnie ważne, że ktoś narusza moje granice, że nie udało mi się osiągnąć tego, co dla mnie istotne. W pierwszej kolejności powinniśmy więc przyjrzeć się złości i ją „oswoić”, sprawdzić, o jakich potrzebach nas informuje, nie zaś ściągać smycz. Tego niestety musimy się nauczyć. Zanim pomożemy dziecku radzić sobie z jego dziecięcą złością, musimy zrozumieć i oswoić swojego dorosłego ogara. Niestety, z uwagi na pewne sztywne przekonania bywa to bardzo trudne.

Marshall B. Rosenberg, przedstawiciel nurtu Porozumienia Bez Przemocy twierdził, że złość jest informacją o niewłaściwym, chybionym działaniu oraz o niezaspokojeniu potrzeb własnych oraz ważnych dla nas osób. Należy więc potraktować ją jako sygnał do zmiany strategii działania. Niestety w praktyce jest to bardzo trudne, ponieważ osobom dorosłym w złości towarzyszą automatyczne myśli zmierzające do oskarżania, obarczania innych odpowiedzialnością czy bycia ofiarą. Myślimy na przykład: „Zrobił to specjalnie! Jest taki złośliwy! W ogóle nie liczy się z moim zdaniem!” albo „To wszystko przez nich! Nie szanują moich decyzji! Dostaję przez nich szału!”. Mogą też pojawić się myśli „Jestem beznadziejna, pozwalam wchodzić sobie na głowę a potem wybucham! Jak można tak nad sobą nie panować?!”. Wszystkie te i podobne im myśli to tak zwane zniekształcenia poznawcze, które przeszkadzają nam w prostej interpretacji faktów i skupieniu na rozwiązaniach. Nie mamy wpływu na to, czy złość pojawi się w naszym repertuarze przeżyć emocjonalnych czy nie. Mamy natomiast wpływ, na to, jakie podejmujemy decyzje dotyczące naszych zachowań. Warto przyjrzeć się myślom, które towarzyszą wybuchom naszej złości, bo one mają istotny wpływ na to, jakie zachowanie wybierzemy. Ze złości można krzyczeć, płakać, zamknąć się w sobie, biegać, tworzyć… Wszystko zależy od nas. Nasze nawykowe sposoby rozładowywania złości możemy świadomie zmieniać i kształtować, przy czym słowo „świadomie” jest tu kluczowe. Na tym etapie ważne jest, byśmy my- dorośli przyjrzeli się sobie- swoim potrzebom i oczekiwaniom oraz myślom towarzyszącym złości. Dzięki temu zbierzemy bardzo dużo informacji na temat siebie. Zyskamy tak zwaną samoświadomość, która jest warunkiem skutecznej samokontroli. Ale przecież powiedziałam na początku, że nie o samokontrolę do końca chodzi… Potrzebny jest nam jeszcze jeden element…

Rozładowane baterie
By nauczyć się właściwego działania w obliczu złości a więc samoregulacji, musimy dokonać trzech ważnych kroków. Przyjrzeć się potrzebom i oczekiwaniom, rozpoznać myśli i przekonania towarzyszące złości i zastanowić się, jaki jest poziom naszej energii. Wspominałam już, że złoszcząc się zużywamy jej bardzo dużo. Z punktu widzenia fizjologii, nasze ciało przygotowuje się do walki. Krew napływa do rąk i nóg, oddech przyspiesza, wyostrzają się zmysły a w naszym mózgu zaczyna buzować koktajl neuroprzekaźników. Jednocześnie na złość podatni jesteśmy w sytuacji „baterii na wyczerpaniu” czy „jazdy na rezerwie”. Wtedy jesteśmy najbardziej wrażliwi na przebodźcowanie i najmniej skłonni do samokontroli. Długotrwałe trzymanie nerwów na wodzy wyczerpuje nas, zmniejsza naszą tolerancję na frustrację i BACH! Następuje wielki wybuch. A zaraz po nim opadamy z sił. „Oni kiedyś mnie wykończą…” wzdychamy i jedyne czego potrzebujemy to ten legendarny Święty Spokój… Chcąc unikać nagłych i niekontrolowanych wybuchów złości musimy pamiętać, by pozostawać w kontakcie z sobą i swoimi potrzebami. Nie możemy odkładać na później tego, co tak istotne. Głód, zmęczenie, brak wygody, pozbawienie ruchu czy świeżego powietrza, pragnienie- wszystko to zwiększa naszą podatność na frustrację i złość. Dlatego spokojny rodzic i nauczyciel to ten, który w równym stopniu dba o dzieci i o siebie. Równowaga jest tu niezwykle ważna. Miłość i empatia wobec siebie samego jest warunkiem koniecznym, by nauczyć dziecko radzenia sobie ze złością. W przeciwnym razie mamy do czynienia jedynie z instruktażem, znacznie mniej skutecznym niż modelowanie zachowań przez osobę dorosłą. Dzieci uczą się przez obserwowanie i naśladownictwo. Warto podkreślić, że każdy złości się nieco inaczej, co wynika z różnic temperamentu (a więc wrodzonych cech układu nerwowego), kultury i wychowania- przez co rozumiem przyjęte i akceptowalne wzorce zachowań w danej społeczności oraz sposoby reagowania, które obserwowaliśmy u naszych rodziców. Zostaliśmy wychowani przez pokolenie Siłaczek i Judymów, którzy potrzeby innych przedkładali nad własne. Okazuje się jednak, że poświęcenie ma swoje granice i nie można praktykować go w nieskończoność, ponieważ taka deprywacja potrzeb doprowadza nas na skraj frustracji. A to może przerodzić się w agresję i autoagresję. Zanim więc zaczniemy uczyć nasze dzieci konstruktywnego zarządzania złością, musimy nauczyć się akceptować, rozumieć i koić własną złość. Dbajmy o swoje potrzeby, zmieniajmy przekonania- bierzmy odpowiedzialność za swoje emocje i zachowania, unikajmy generalizacji i oskarżeń, przyglądajmy się sobie. To pierwszy krok, by oswoić dziecięcą złość.
Mała złość Małego Człowieka
Dziecko, podobnie jak dorosły doświadcza pełnej gamy emocji. W początkowym etapie swojego życia są to emocje podstawowe a wraz z przyswajaniem norm społecznych i kulturowych- emocje uwarunkowane społecznie jak wstyd, duma czy tęsknota. Istnieją jednak pewne różnice między emocjami dorosłego i dziecka, które wynikają z dojrzałości układu nerwowego. Dziecko przychodzi na świat wyposażone w niedojrzały układ nerwowy. Najbardziej pierwotne struktury jego mózgu, czyli pień mózgu i móżdżek są właściwie gotowe do działania. Odpowiadają one za podtrzymywanie podstawowych funkcji życiowych jak oddychanie czy metabolizm, oraz za odruchy, których jak wiemy, noworodek ma całe mnóstwo. Odruch ssania, odruch chwytny, odruch Moro… wszystkie one pełnią funkcje adaptacyjne, pozwalają dziecku „walczyć” o przetrwanie w sensie biologicznym. Struktury te zwykło się nazywać mózgiem gadzim, odpowiedzialnym za najbardziej pierwotne typy reakcji- walkę, ucieczkę i zamrożenie. To właśnie dlatego doświadczając przerażenia zastygamy w bezruchu, co zaobserwować możemy również u niemowląt. Przychodzimy na świat z dobrze wykształconym układem limbicznym odpowiedzialnym za pamięć , wyłapywanie sygnałów z otoczenia, dążenie do rozwoju, pokonywanie trudności i przeżywane emocje. Słabo natomiast wykształcona jest ta część mózgu, która w dorosłym życiu odpowiedzialna będzie za logiczne myślenie, przewidywanie, myślenie przyczynowo- skutkowe, analizę i syntezę, i wiele innych- czyli tak zwana kora nowa. Jeśli moglibyśmy powiedzieć, że kontrola emocji ma swoje miejsce w mózgu, to miejscem tym jest właśnie kora nowa. Współpraca układu limbicznego i mózgu gadziego decyduje o reakcjach i zachowaniach zarówno dorosłego jak i dziecka. Jeśli na przykład nasze ciało migdałowate wyłapuje zagrożenie z otoczenia w postaci nadjeżdżającego samochodu, wywoła to pierwotna reakcję ucieczki, odcinając automatycznie analityczną część mózgu. Jest to niezwykle istotne. W przeciwnym razie analizowalibyśmy odległość i prędkość samochodu, oraz szacowali z jakim prawdopodobieństwem uda nam się uniknąć wypadku. Podczas tych kalkulacji zostalibyśmy przejechani już trzy razy! Jak dobrze, że mamy mózg gadzi!
Kora nowa rozwija się bardzo dynamicznie, a pierwsze trzy lata życia to okres niesamowitej zmiany. Dziecko nabywa najważniejszych umiejętności życiowych- staje się mobilne, samodzielnie je, kontroluje procesy fizjologiczne- przede wszystkim wypróżnianie, komunikuje się zarówno gestami, jak i werbalnie. Rozpoznaje mowę ojczystą, twarze bliskich, coraz lepiej zapamiętuje i kojarzy fakty. Nabiera też świadomości swojej sprawczości i autonomii. Choć kora nowa dokonała milowego kroku w rozwoju dziecka, jego układ limbiczny jest nadal bardzo wrażliwy. Dzieci znacznie więcej rzeczy i zjawisk postrzegają jako potencjalne zagrożenia, i reagują w sposób impulsywny i pierwotny. Zagrożeniem stają się nie tylko samotność, ciemność, obcy, hałas, ale także zamach na ich samodzielność, sprawczość i autonomię. To, co potocznie zwiemy buntem dwulatka jest w rzeczywistości walką o zachowanie autonomii, której często jeszcze towarzyszy frustracja z nie do końca precyzyjnej komunikacji i brak zrozumienia ze strony dorosłych. Dzieci złoszczą się z powodów dla dorosłego niezrozumiałych. Ich złość domaga się natychmiastowego rozładowania, nie znosi kompromisów. Jeszcze do niedawna za najpopularniejsze i najbardziej skuteczne metody uchodziło karanie czy ignorowanie dziecięcej złości. Zawsze jest to trudne dla dorosłych i nauczycieli, którzy interpretują takie zachowania jako nieadekwatne. Obecnie wiemy, że karcenie i upominanie dziecka za naturalną reakcję , jaką jest złość, może wywrzeć na nim bardzo negatywny wpływ. To, co możemy i powinniśmy zrobić, to modelować własnym przykładem zachowania akceptowalne, które pomagają rozładować napięcie wynikające z odczuwanej złości. Powinniśmy kształtować kompetencje językowe, by pomóc mu nazywać swoje stany. Powinniśmy akceptować dziecko bezwarunkowo, nie zrywając relacji podczas wybuchów złości. Musimy pamiętać, że złoszczące się dziecko czuje się bardzo źle, czuje się niezaspokojone i domaga się ukojenia. Wreszcie- powinniśmy pamiętać, że dziecko nie ponosi odpowiedzialności za zachowanie, które jest wynikiem pierwotnej reakcji. Musi się jeszcze wiele nauczyć. Nie dostrzega głodu, chłodu czy senności, zwłaszcza, gdy jest zajęte zabawą. Ma niepohamowaną potrzebę działania, nawet jeśli „jedzie na oparach”. Często nie potrafi powiedzieć, o co tak naprawdę chodzi, dlatego jak pisze Jasper Juul w „Agresja- nowe tabu”- nie może odpowiadać za swoje reakcje. My- dorośli wszystko to już potrafimy. Jeśli tylko nauczymy się zarządzać własną złością, zyskamy narzędzia i energię do przeprowadzenia dziecka przez ten proces. Najgorsze, co możemy zrobić naszym dzieciom, to obarczyć je odpowiedzialnością za naszą złość, czemu dała wyraz jedna z głośnych kampanii społecznych, w których dziewczynka karmiąc misia upuszcza kaszkę, następnie krzyczy, szarpie, izoluje pluszaka mówiąc „Widzisz do czego mnie doprowadziłeś?!”. To poważny zamach na dziecięcą integralność.

Oswojona złość
W trosce o integralność psychiczną naszych dzieci oraz ich odporność mentalną powinniśmy stworzyć im przestrzeń do swobodnego przeżywania jej bez przekraczania granic innych. Złość bowiem może, ale nie musi obrócić się przeciwko innym. Nie musi przyjmować formy agresji czy autoagresji i nie stanie się tak, jeśli odpowiednio szybko zostanie dostrzeżona i skanalizowana. Złość może pomagać nam w różnych sytuacjach. Wie to każdy sportowiec, który pod wpływem tej właśnie emocji mobilizuje głęboko ukryte rezerwy energii, by pokonać własną słabość. Złość można zamienić w siłę, która pomoże nam skoncentrować się na rozwiązaniach. Złość może być źródłem ekspresji artystycznej. Jest tylko kilka warunków, które, by tak się stało, muszą być spełnione.
- Dajmy sobie prawo do złości. Pamiętajmy, jaką funkcję pełni złość w naszym życiu. O czym mówi, do jakich potrzeb nas odnosi? Jakie myśli i przekonania w nas wywołuje? Czy oskarżenia, przerzucanie odpowiedzialności czy syndrom ofiary nie napędzają nas sztucznie? Czy możemy popracować nad swoimi myślami?
- Dbajmy o siebie i swoje potrzeby. Uczmy dzieci uważności na sygnały płynące z ciała. Wybuchom złości można skutecznie zapobiegać. Zapewniając sobie przestrzeń, w której mamy szansę zadbać o to, co dla nas ważne, unikamy prawdopodobieństwa nagłych i niekontrolowanych wybuchów złości.
- Zakładajmy dobre intencje. To ćwiczenie mentalne, które pozwala nam przemodelować myślenie. Zakładając dobre intencje otaczających nas osób wytrącamy oręż myślom, które karmią złość- myślom oceniającym, oskarżycielskim czy przerzucającym odpowiedzialność za nasze stany na innych. Zakładanie dobrych intencji pozwala nam lepiej żyć. To proste w formie, choć nie jest łatwe do wdrożenia. Zwłaszcza, gdy powielamy pewne zaszczepione w dzieciństwie przekonania.
- Pozwólmy na ekspresję przy jednoczesnym stawianiu granic. Ok. Ktoś powie „wszystko ładnie brzmi w teorii, ale co zrobić gdy dziecko pluje, kopie, bije, krzyczy, niszczy przedmioty…?” Mamy naprawdę wiele możliwości. Po pierwsze złość domaga się dostrzeżenia. Również ta skrywana, trzymana na smyczy. Każdy rodzic nastolatka wie, co mam na myśli. Już samo dostrzeżenie i nazwanie może pomóc spuścić parę. Po drugie nazwanie emocji dziecka i bezwarunkowa akceptacja (jego, a nie zachowania) pomaga mu w odnalezieniu równowagi. Po trzecie, dziecko, które decyduje się na akty agresji czy wandalizmu rozpaczliwie woła o ukojenie i pomoc. Najgorsze, co moglibyśmy zrobić w takiej sytuacji, to skarcić. Co więc powinniśmy zrobić, by nie pozwolić się krzywdzić? Zaznaczajmy, gdzie są nasze granice w relacjach na co dzień. Mówmy o tym, co lubimy, a co nam przeszkadza. Na czym nam zależy i co jest dla nas ważne, a gdzie jest nasza przestrzeń, w której gotowi jesteśmy odpuścić. W chwili wybuchu złości u dziecka mówmy „Widzę twoją złość. Wiem, że musi być ci ciężko i jednocześnie nie pozwalam/ nie godzę się byś mnie bił!”. Stanowczość połączona z akceptacją i dostrzeżeniem dziecka- gdy nie pomoże raz, próbujmy ponownie. Zaproponujmy jakiś sposób samoregulacji „Potrzebujesz teraz pobyć sam, czy wolisz się przytulić?”, „Chcesz wykrzyczeć swoją złość, czy wolisz podrzeć kartkę i wrzucić do pudełka złości?”. I pamiętaj- odwoływanie się do logicznych argumentów, poszukiwanie rozwiązań na gorąco, tłumaczenie i wyjaśnianie, nie działają w złości. Racjonalna część mózgu nie działa w takiej sytuacji. Nasz mózg jedzie wtedy na gadzim autopilocie, a dopiero spokój pozwala nam wrócić do równowagi- psychicznej i intelektualnej.
- Stosujmy techniki. Gdy widzimy, że w dziecku narasta frustracja, zaproponujmy przerwę. Odrobina ruchu, zabawy, przytulania mogą rozładować napięcie jeszcze przed wybuchem. To takie podładowanie baterii. Zapytajmy o głód czy pragnienie- to bardzo ważne. Wyobrażajmy sobie tych, którzy nas denerwują jako osoby w potrzebie. „Pcha się w kolejce, bo na pewno spieszy się po dziecko w przedszkolu”, „Zajechał mi drogę, bo kot wskoczył mu pod koła”… Gdy sami już się tego nauczymy- ćwiczmy takie odwrócone interpretacje z dzieckiem- w formie scenek czy zabaw. Pracujmy z ciałem. Wszyscy potrzebujemy czuć nasze ciało- w ruchu i spoczynku. Ruch koi nasz zmysły- widzimy to już u niemowląt, które próbują ukoić emocje kołysząc się. Wszyscy (nie tylko dzieci) potrzebujemy też dotyku. Głaskanie, przytulanie czy łaskotki, pozwalają nam pozostać w kontakcie z samym sobą.
- Budujmy stabilne poczucie własnej wartości w dziecku. Opiera się ono na bezwarunkowej akceptacji, wyrażaniu wiary w dziecięce kompetencje („Wierzę, że potrafisz sobie z tym poradzić. Pamiętaj, że jestem bisko i w każdej chwili możesz na mnie liczyć”), wspieraniu motywacji wewnętrznej i stwarzaniu okazji, by dziecko poczuło się osobą znaczącą dla wspólnoty rodzinnej czy klasowej.
Złość nie jest taka straszna, jak ją malują. Gdyby nie ona, nie wiedzielibyśmy, co jest dla nas ważne i nie umielibyśmy dostrzec, że ktoś przekracza nasze granice czy narusza integralność. Choć my dorośli byliśmy latami uczeni powściągliwości i tłumienia złości nauczmy najpierw siebie, a później dziecko bycia w dialogu z tą emocją. Świadomość źródeł złości to ważny krok w budowaniu samoświadomości. Bez oswojenia złości nasza emocjonalna układanka jest po prostu niekompletna.